Najłatwiej kontrolować paznokcie pielęgniarek zza biurka. Tymczasem prawdziwa katastrofa od lat leży gdzie indziej.
Poniżej publikujemy jeden z komentarzy zamieszczony na fanpage Ogólnopolskiego Portalu Pielęgniarek i Położnych – facebook.com/PortalPielegniarekiPoloznych
Bardzo chętnie porozmawiałabym o epidemiologii i bezpieczeństwie pacjentów, ale może wreszcie zacznijmy szukać źródeł zakażeń tam, gdzie one naprawdę istnieją, a nie obsesyjnie skupiać się na paznokciach pielęgniarek zabezpieczonych hybrydą.
Pielęgniarki myją i dezynfekują ręce kilkadziesiąt razy na dobę. Dzień w dzień. Przez lata. Efekt? Popękane dłonie, wysuszone paznokcie, poranione skórki, bolesne zadziory i piekąca skóra od środków dezynfekcyjnych. I właśnie takie uszkodzone dłonie dużo częściej stają się realnym problemem niż zadbane paznokcie zabezpieczone hybrydą i opracowanymi skórkami.
Najłatwiej kontrolować paznokcie personelu zza biurka. Znacznie trudniej przez 12 godzin pracować przy pacjencie i samemu myć oraz dezynfekować ręce kilkadziesiąt razy na dyżurze. Wtedy bardzo szybko można się przekonać, jak wyglądają dłonie pielęgniarek po latach takiej pracy.
I oczywiście o dłonie personelu najczęściej trzeba zadbać samemu.
Pielęgniarki same kupują kremy, maści ochronne i preparaty regenerujące, bo wiele szpitali nie zapewnia nawet podstawowej ochrony skóry rąk ludziom, którzy codziennie pracują w środkach dezynfekcyjnych.
Tymczasem prawdziwa katastrofa od lat leży gdzie indziej. W dramatycznie zaniżonych normach zatrudnienia i skrajnie przeciążonym personelu.
Bo największym zagrożeniem epidemiologicznym nie są dziś zadbane paznokcie. Największym zagrożeniem jest sytuacja, w której dwie pielęgniarki biegają po trzydziestu pacjentach, jednocześnie zabezpieczając salę pooperacyjną, przyjęcia, wypisy, izolacje, podawanie leków, zabiegi, dokumentację, pobrania, transporty, telefony od rodzin, nagłe pogorszenia stanu pacjentów i całą organizację oddziału.
To są ludzie, którzy przez 12 godzin praktycznie nie siadają. Jedna pielęgniarka podłącza krew, druga w tym samym czasie biegnie do pacjenta po zabiegu, za chwilę trzeba przyjąć nowego chorego, wypisać kolejnego, przygotować dokumentację, zabezpieczyć zlecenia, reagować na alarmy, pilnować drenów, pomp, cewników, parametrów życiowych i jeszcze dopilnować, żeby wszystko było wykonane zgodnie z procedurami epidemiologicznymi.
Oddział zabiegowy z około 30 łóżkami i salą obserwacyjną pooperacyjną według realnych potrzeb powinien mieć około 21–22 etatów pielęgniarskich. To daje mniej więcej 6 pielęgniarek na dyżurze dziennym i około 6 na nocnym, jeśli naprawdę mówimy o bezpieczeństwie pacjentów, a nie o fikcji zapisanej w tabelkach.
A jak wygląda rzeczywistość? Trzy osoby próbujące utrzymać cały oddział na nogach.
To nie jest „dobra organizacja pracy”. To jest praca ponad ludzkie siły.
I później wielkie zdziwienie, że rośnie liczba zakażeń, błędów medycznych, pomyłek, przemęczenia i wypalenia zawodowego. Naprawdę trudno zachować idealne procedury, kiedy człowiek przez 12 godzin dosłownie biegnie bez chwili oddechu, często nawet bez możliwości spokojnego zjedzenia posiłku czy wyjścia do toalety.
Może więc najwyższy czas, żeby część pielęgniarek oddziałowych i epidemiologicznych odłożyła linijkę do mierzenia paznokci i usiadła z kalkulatorem, licząc realne potrzeby oddziału.
Bo bezpieczeństwo pacjenta zaczyna się od odpowiedniej liczby personelu przy łóżku chorego.
Dobrze zarządzany oddział to nie taki, w którym urządza się polowanie na hybrydy. To taki, który ma zabezpieczoną obsadę nawet wtedy, gdy ktoś zachoruje, pójdzie na L4 albo zwyczajnie opadnie z sił po latach harówki.
Czas najwyższy przestać udawać, że największym problemem polskiej ochrony zdrowia są paznokcie pielęgniarek. Największym problemem są dramatyczne braki kadrowe i system, który od lat jedzie na granicy wytrzymałości ludzi.
Zachowano oryginalne brzmienie komentarza.
źródło: facebook.com/PortalPielegniarekiPoloznych










