Wieloetatowość w pielęgniarstwie przestała być „poświęceniem”. Stała się patologią, która niszczy ten zawód od środka.
Najwyższa pora powiedzieć to głośno, nawet jeśli wielu osobom bardzo się to nie spodoba. Coraz więcej pielęgniarek ma już zwyczajnie dość pracy w atmosferze chaosu, zmęczenia, frustracji i wiecznego ratowania systemu kosztem własnego zdrowia oraz życia prywatnego. Bo prawda jest brutalna. Ten system od dawna stoi na plecach ludzi, którzy zatracili wszelkie granice. Kolejny etat, kolejna noc, kolejny oddział, kolejna umowa, 300–400 godzin pracy miesięcznie i jeszcze wmawianie wszystkim dookoła, że to „normalne” albo że „trzeba sobie radzić”.
Nie. To nie jest normalne. To jest dramat.
I skutki tego dramatu widać codziennie na oddziałach. Wieczne spóźnienia, wychodzenie wcześniej, ciągłe zamiany dyżurów, rozkojarzenie, niewyspanie, frustracja, pretensje do całego świata i atmosfera ciężka jak beton.
Najgorsze jest jednak to, że płacą za to wszyscy wokół. Pacjenci trafiają na personel wykończony psychicznie i fizycznie. Zespoły pracują za osoby, które ledwo stoją na nogach. A pielęgniarki pracujące normalnie, na jednym etacie, mają już serdecznie dość życia w chaosie tworzonym przez „zapchajdziury” systemu.
Bo część osób pracujących na kilku etatach dawno przestała funkcjonować normalnie. Telefon przyklejony do ręki przez pół dyżuru. Załatwianie prywatnych spraw w pracy. Wydzwanianie do dzieci. Kontrolowanie męża. Organizowanie życia rodzinnego między lekami, dokumentacją i pacjentami. A w tym czasie ktoś za nie pracuje. Ktoś odbiera dzwonki, szybciej biega do pacjentów, robi dokumentację i bierze odpowiedzialność za oddział, bo koleżanka właśnie „musi coś załatwić”.
I nie oszukujmy się. Bardzo często to już nie jest jednorazowa sytuacja, tylko codzienny styl funkcjonowania. Bo osoby mieszkające praktycznie w pracy nie mają już kiedy normalnie żyć. Dzieci wychowywane przez telefon, relacje rodzinne istniejące między jednym dyżurem a drugim, permanentne zmęczenie, rozdrażnienie i brak cierpliwości.
A potem odbija się to na pacjentach i całym zespole.
Pacjent widzi opryskliwość, zmęczenie i personel psychicznie nieobecny. Ludzie nie są ślepi. Widzą pielęgniarki wiszące na telefonach, załatwiające prywatne sprawy podczas pracy, wychodzące wcześniej albo kombinujące, jak „na chwilę” zniknąć z oddziału.
Najbardziej absurdalne jest to, że część osób nie potrafi nawet normalnie wziąć urlopu albo L4 na leczenie czy rehabilitację. Kombinowanie, jak wymknąć się na rehabilitację w godzinach pracy, stało się dla wielu czymś zupełnie normalnym. Oczywiście kosztem reszty zespołu, która znowu musi pracować za kogoś.
I najwyższa pora powiedzieć jasno: to nie jest uczciwe. Ani wobec pacjentów. Ani wobec koleżanek z pracy. Ani wobec samego siebie.
Bo wieloetatowość od dawna nie ratuje pielęgniarstwa. Ona je niszczy. Niszczy zdrowie pielęgniarek, relacje rodzinne, atmosferę pracy, bezpieczeństwo pacjentów i walkę o normalne warunki zatrudnienia.
Bo dopóki środowisko samo pokazuje, że można harować po 350–400 godzin miesięcznie i jeszcze „jakoś funkcjonować”, dopóty nikt nie potraktuje braków kadrowych poważnie. Po co? Skoro zawsze znajdzie się ktoś, kto przyjdzie, weźmie kolejną noc i zasłoni dziurę kadrową własnym zdrowiem oraz własnym życiem.
I właśnie dlatego ten zawód od lat jest traktowany jak tania siła robocza. Jak ludzi, których można eksploatować bez końca. Najwyższa pora zmądrzeć.
Pielęgniarka to nie parobek. Nie niewolnica systemu. Nie człowiek stworzony do mieszkania w pracy.
Normalny człowiek pracuje na jednym etacie. Ma czas odpocząć, przespać noc, mieć życie prywatne, rodzinę i czas się leczyć. Pielęgniarki też powinny mieć do tego prawo.
I najwyższa pora przestać gloryfikować wyniszczanie własnego organizmu jako „ambicję” albo „poświęcenie”. Bo to nie jest bohaterstwo. To jest powolne niszczenie siebie, zespołów i całego pielęgniarstwa.
Zachowano oryginalną treść.
źródło: facebook.com/PortalPielegniarekiPoloznych










