O jakości współczesnego szkolnictwa pielęgniarskiego i odpowiedzialności za przyszłość zawodu.
Polskie pielęgniarstwo w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat przeszło ogromną przemianę. Zawód, przez lata niesłusznie sprowadzany w społecznej świadomości do wykonywania poleceń lekarskich, stał się samodzielną profesją medyczną. Współczesna pielęgniarka diagnozuje problemy pielęgnacyjne, prowadzi edukację zdrowotną, może uzyskiwać specjalizacje, wykonywać określone badania, ordynować wybrane leki i wyroby medyczne oraz podejmować coraz bardziej odpowiedzialne decyzje dotyczące opieki nad pacjentem.
To niewątpliwie ogromny sukces naszego środowiska.
Jednocześnie wraz ze wzrostem samodzielności zawodowej powinny rosnąć wymagania stawiane osobom, które otrzymują prawo wykonywania zawodu. Tymczasem obserwując zmiany zachodzące w szkolnictwie wyższym, trudno nie zadać pytania: czy zwiększając liczbę absolwentów pielęgniarstwa, nie zaczynamy przypadkiem płacić za to obniżeniem jakości kształcenia?
Kiedy studiowanie oznaczało przede wszystkim obecność
Jeszcze nie tak dawno możliwości studiowania pielęgniarstwa były znacznie bardziej ograniczone. Dominowały uczelnie publiczne, a kształcenie miało w dużej mierze charakter stacjonarny.
Student przez większość tygodnia rzeczywiście był studentem. Uczestniczył w wykładach, ćwiczeniach i zajęciach praktycznych. Praktyki odbywały się w określonych placówkach, pod nadzorem osób odpowiedzialnych za kształcenie.
Opiekun praktyki nie miał jedynie złożyć podpisu w dokumentacji. Miał studenta nauczyć, obserwować, sprawdzić i ostatecznie ocenić.
Nie twierdzę, że dawny system był idealny. Nie był. Miał swoje niedoskonałości, podobnie jak każdy system edukacji. Posiadał jednak niezwykle ważną cechę: istniała realna możliwość niezaliczenia zajęć czy praktyki, jeśli student nie osiągnął wymaganych kompetencji.
Dyplom trzeba było zdobyć. I właśnie ten mechanizm selekcji miał znaczenie większe, niż czasami chcemy dzisiaj przyznać.
Masowość nie może zastąpić jakości
Dzisiaj sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Pielęgniarstwo można studiować w coraz większej liczbie miejsc. Uczelnie odpowiadają w ten sposób na ogromne zapotrzebowanie systemu ochrony zdrowia na nowych pracowników.
Samo zwiększenie dostępności studiów jest potrzebne. Polska potrzebuje pielęgniarek i pielęgniarzy.
Niepokój pojawia się jednak wtedy, gdy zwiększaniu liczby studentów zaczyna towarzyszyć coraz większa elastyczność wymagań. Zajęcia bywają kumulowane w weekendy. Część kształcenia teoretycznego może odbywać się z wykorzystaniem metod zdalnych. Studia konstruowane są tak, aby można było łączyć je z pracą zawodową i życiem rodzinnym.
Nie ma w tym niczego złego, dopóki elastyczna jest organizacja studiów, a nie wymagania dotyczące wiedzy i umiejętności.
Pielęgniarstwa nie można bowiem nauczyć się wyłącznie z prezentacji, książki czy ekranu komputera. Można przeczytać o duszności. Można obejrzeć prezentację dotyczącą wstrząsu. Można nauczyć się na pamięć wartości parametrów laboratoryjnych. Ale dopiero przy łóżku chorego człowiek zaczyna rozumieć, jak wygląda pacjent, który za chwilę może się gwałtownie pogorszyć.
Tekst jest pierwszą częścią opracowania autorstwa Dawida Czajki. Zapraszamy użytkowników pielegniarki.info.pl do dyskusji. Druga część zostanie opublikowana w najbliższą sobotę o godz. 8.00










