Ministerstwo zdaje się nie mieć wiedzy, że system jeszcze funkcjonuje tylko dlatego, że tysiące pielęgniarek pracują ponad ludzkie siły.
W dniu dzisiejszym publikujemy komentarz zamieszczony pod postem na facebook.com/PortalPielegniarekiPoloznych
Środowisko pielęgniarskie od lat dostaje kolejne ciosy — i dziś znowu mamy poczucie, że próbuje się nas zwyczajnie oszukać.
Ustawa z 2017 roku nie wzięła się znikąd. Powstała dlatego, że system ochrony zdrowia stanął pod ścianą: dramatyczne braki kadrowe, spadające zainteresowanie zawodem i narastające przeciążenie personelu. Powiązanie wynagrodzeń z przeciętnym wynagrodzeniem w gospodarce miało zatrzymać odpływ kadr i ustabilizować sytuację.
Dziś średnia wieku pielęgniarek w Polsce to około 55 lat. Brakuje ponad 150 tysięcy pielęgniarek. Połowa personelu pracuje na dwóch, a nawet trzech etatach — często dochodząc do 300–400 godzin miesięcznie. Ta kadrowa „wydolność” jest w dużej mierze iluzją podtrzymywaną nadludzką pracą pielęgniarek.
I właśnie w takiej sytuacji pojawiają się pomysły przesuwania podwyżek i zmiany zasad ich naliczania.
Już dziś pielęgniarki są stratne o sześć miesięcy. Dlaczego? Bo wskaźnik GUS ogłaszany jest w styczniu za rok poprzedni, a do wynagrodzeń wchodzi dopiero od 1 lipca. Systemowo jesteśmy więc zawsze pół roku do tyłu.
Teraz proponuje się kolejne przesunięcie — na styczeń następnego roku.
Matematyka jest bezlitosna: to oznacza pełne 12 miesięcy wzrostu wynagrodzeń zabrane pielęgniarkom. Nie kosmetyka. Nie techniczna korekta. Realne oszczędzanie naszym kosztem.
Co szczególnie bulwersujące — mówimy o grupie zawodowej, która ogromnym wysiłkiem sama sfinansowała swój rozwój. Aby dziś osiągnąć poziom kwalifikacji, o którym mówi się publicznie, pielęgniarki kończą wymagające studia medyczne: 3 lata studiów licencjackich, 2 lata magisterskich i 2 lata specjalizacji.
Wiele pielęgniarek — mimo że dekady temu miało już dyplom i prawo wykonywania zawodu po liceum medycznym — podjęło dalszą edukację za własne, ciężko zarobione pieniądze. Bez dofinansowania. Bez urlopów szkoleniowych. Po dyżurach, kosztem życia prywatnego i zdrowia.
I dziś właśnie tej grupie próbuje się ograniczać wzrost wynagrodzeń.
To jest karygodne!
Trudno też zrozumieć sytuację, w której osoba wywodząca się ze środowiska pielęgniarskiego nie staje jednoznacznie po jego stronie. Problemy są znane: średnia wieku 55 lat, dramatyczne braki kadrowe, oddziały utrzymywane dzięki pracy ponad siły. Ustawa z 2017 roku nie była prezentem — była ratunkiem dla systemu balansującego na granicy zapaści.
Dziś jakiekolwiek majstrowanie przy tych gwarancjach to igranie z ogniem.
Za kilka lat ogromna część obecnych pielęgniarek odejdzie na emeryturę. Jeśli już teraz osłabi się jedyne narzędzie, które dawało minimalną stabilność i zachętę do kształcenia, konsekwencje będą lawinowe: protesty, odejścia z zawodu, emigracja, zamykane oddziały, jeszcze dłuższe kolejki.
Nie chodzi o politykę. Chodzi o bezpieczeństwo pacjentów.
System jeszcze funkcjonuje tylko dlatego, że tysiące pielęgniarek pracują ponad ludzkie siły. Jeśli dalej będzie się na nich oszczędzać, rachunek zapłacą wszyscy pacjenci.
Nie zgadzamy się na przesuwanie podwyżek na styczeń ani na zmianę sposobu ich liczenia. Obowiązująca ustawa wiąże wynagrodzenia z przeciętnym wynagrodzeniem w gospodarce ogłaszanym przez GUS — czyli z realnym wskaźnikiem rynkowym.
Odejście od tego mechanizmu i uzależnianie pensji od „kwot bazowych” oznacza w praktyce zamrożenie wzrostu wynagrodzeń i tysiące złotych straty rocznie dla każdej pielęgniarki.
To nie jest uporządkowanie systemu.
To jest próba ograniczenia kosztów kosztem tych, na których ten system stoi.
Na to nie ma zgody!













