128 lekarzy ze szpitala w Sieradzu jednego dnia postanowiło złożyć wypowiedzenia!

Czy pielegniarki i położne stać na taką determinację i wspólne działanie?

Lekarze odlatują jesienią

Lekarze z Sieradza strajkują i szykują się do wyjazdu z kraju  

Małgorzata Kozerawska, Adam Czerwiński 06-06-2006 , ostatnia aktualizacja 02-06-2006 18:44 www.gazeta.pl


W całym Sieradzu jest 200 lekarzy. W szpitalu wojewódzkim pracuje 154. Większość złożyła już for-mularze wyjazdo-we w izbie lekarskiej. - Wystarczy, że odejdzie choćby pięciu radiologów lub anestezjologów, a niektóre oddziały w szpitalu w ogóle przestaną funkcjonować - mówi dyrektor Dariusz Kałdoński. - Jeśli zwolni się połowa lekarzy, szpital trzeba by zamknąć.

Frustracja i zniechęcenie sieradzkich lekarzy rosną. Strajk, który zaczęli razem z innymi szpitalami 8 maja, nic nie dał. Żaden postulat nie został spełniony. Żądania całego środowiska są wspólne: 30 proc. podwyżki od zaraz, 100 proc. w przyszłym roku i zwiększenie wydatków na ochronę zdrowia do 6 proc. PKB.

Spotkania w izbie lekarskiej są coraz burzliwsze. - Zarabiamy jak pracownicy z wykształceniem gimnazjalnym. Na Zachodzie za godzinę dyżuru weekendowego płacą 123 euro, a u nas 7 zł - powiedział dr Mariusz Pacholik. Wtedy w pokoju zawrzało. Wyjeżdżamy - zdecydowali wszyscy obecni.

- Gdybyśmy byli świeżo po studiach, nie zastanawialibyśmy się ani chwili nad wyjazdem - mówią. - Teraz decyzja jest trudniejsza. Nie jesteśmy już tacy młodzi. To dla nas ostatni dzwonek, żeby wreszcie coś zmienić w życiu.

Niektórzy znają się jeszcze ze studiów w Łodzi lub w Warszawie. Do Sieradza pod koniec lat 80. zwabiły ich mieszkania służbowe, które hojnie przydzielał otwarty właśnie szpital. Dziś na przyszpitalnym osiedlu mieszka kilkudziesięciu lekarzy. Spotykają się na spacerach z psem, w sklepie, kościele. Razem jeżdżą na grzyby i na szkolenia - w czwórkę jednym samochodem, żeby było taniej.

Wstyd mi przed mamą

Mariusz Pacholik przez trzy lata po studiach pracował w klinice akademickiej w Łodzi. Mieszkał z żoną i dzieckiem w jednym pokoiku. Wkrótce na świat przyszło drugie. - Poszedłem do szefa i zapytałem: "Czy możesz mi załatwić mieszkanie?". Nie mógł. A w Sieradzu dawali pracę i mieszkanie w bloku.

Dariusz Lewandowicz mógł po studiach zostać w warszawskiej klinice pediatrycznej. Ale nie miał gdzie mieszkać. Więc wybrał Sieradz. - Wydawało się, że złapałem Pana Boga za nogi. Miałem pracę, własne lokum, mogłem się dalej kształcić.

Sylwester Stankowski: - Wtedy, za komuny, to było prawie wszystko. Brakowało tylko samochodu, ale i ten z czasem kupiliśmy.

Dziś przyszpitalne osiedle lekarze nazywają "slumsami". Z okna widzą mury szpitala albo pole z ziemniakami. Pomiędzy trzema blokami jest mały blaszany pawilon. Mogą w nim kupić chleb, wódkę, kwiaty i znicze.

Są rozgoryczeni, bo harując po 12-14 godzin na dobę, niewiele się dorobili. Na szpitalnym etacie ze średnio siedmioma dyżurami miesięcznie (w sumie 300 godzin) wyciągają

1,5-1,8 tys. zł brutto. Drugie tyle dorabiają w prywatnych gabinetach i przychodniach rozrzuconych w całym województwie.

Pacholik: - Wstyd mi, że zamiast pomagać starym rodzicom, wykupić im sanatorium, sam od nich przyjmuję prezenty. A przecież skończyłem czterdziestkę.

Stankowski: - Krew mnie zalewa, kiedy dzwoni mama i mówi: "Synek, kupiłam sobie nowe buty. Ładne, skórkowe, tanie - od Ruskich".

Lewandowicz: - Nigdy bym sobie nie poradził, gdyby nie moja matka. Ma już 60 lat. Zawsze piastowała kierownicze stanowiska. Wciąż dobrze zarabia i pomaga nam do dziś.

Przez to, że państwo nas nie docenia, pacjenci też nie szanują - żalą się lekarze.

- Chorzy zaczepiają mnie na korytarzu, wciskają metrowy wydruk EKG i chcą, żebym go zinterpretował od ręki - mówi jeden z nich. - Kiedy odmawiam, myślą, że jestem nieczuły albo czekam na łapówkę. Nie sposób wy-tłumaczyć, że takiego badania nie analizuje się w biegu na korytarzu.

- Albo wpychają się bez kolejki do gabinetu i proszą o receptę - opowiada inny z lekarzy. - Kiedyś tak się wkurzyłem, że podałem czysty blankiet. "Co to jest?" - zapytał pacjent. "Przecież chciał pan receptę". "Ale nic na niej nie ma". Dopisałem bisakodyl (silny środek przeczyszczający). Pacjent trzasnął drzwiami. Nie rozumiał, że aby wypisać mu właściwą dawkę leku, musiałbym go dokładnie zbadać.

Lekarze przyznają, że są wypaleni. - Pracujemy w ciągłym napięciu i poczuciu odpowiedzialności. Pacjenci oczekują od nas leczenia na amerykańskim poziomie, a czasami brakuje nawet wenflonu - mówi dr Stankowski.

- Przynajmniej siedem nocy w miesiącu spędzam na dyżurze w szpitalu - opowiada internista. - A później jest normalny dzień pracy i jeszcze po południu przychodnia. Ludzie nam wypominają, że śpimy na dyżurach. A jak mam przetrwać tyle godzin? Zresztą nikt nie wie, co to za sen. Słyszę każdy krok pielęgniarki za drzwiami. Kiedy zadzwoni telefon, w sekundę zrywam się na nogi. Biegnę reanimować człowieka. To takie uderzenie adrenaliny, bicie serca, że nie mogę złapać tchu. Czasem zastanawiam się, ile lat jeszcze dam radę to ciągnąć? Aż coś się stanie?

- Koledzy są nerwowi, uciekają w alkohol, mają konflikty z rodzinami - wylicza dr Lewandowicz.

Żyjemy w przelocie

Dr Mariusz Pacholik, ordynator oddziału neonatologii. Ma trzy specjalizacje: neonatolog, anestezjolog i pediatra. Żona polonistka pracuje w szkole. Mają dwójkę dzieci, cztery pokoje w "slumsach" (74 metry). Zarabia pensję ordynatorską - 3,5 tys. zł netto, ma siedem dyżurów miesięcznie, kilka prywatnych wizyt domowych. Nie zabiera to zbyt wiele czasu, ale ciągle nie ma go w domu, bo udziela się społecznie w związku zawodowym lekarzy i izbie lekarskiej. Ostatnio zapytał syna maturzystę, jak mu poszedł egzamin z polskiego. - Ja zdawałem angielski - obruszył się chłopak.

Rodzina ma dla siebie czas tylko w niedzielne popołudnia. Od wielu lat rozmawiali z żoną o wyjeździe. Ona bała się, że nie znajdzie pracy. Oboje wierzyli, że coś się w końcu zmieni, i odkładali sprawę na później. - Zresztą kiedyś nie było takiego otwarcia na Polaków. Trzeba było nostryfikować dyplomy. Teraz mówią: „Chodźcie do nas”. Już paru kolegów wyjechało do Anglii i Szwecji. Są bardzo zadowoleni. Pracują osiem godzin i zarabiają 20 tys. zł - opowiada ordynator. - Nigdy mnie specjalnie za granicę nie ciągnęło. Wolałbym pracować tu i godnie zarabiać. Tu są kości moich dziadków i starzejący się rodzice. Nie chciałbym wydać się patetyczny, ale słowa „Roty” Marii Konopnickiej dużo dla mnie znaczą. Ostatnio mój brat z tego zakpił. „Konopnicka napisała też »Naszą szkapę «”. To był zimny prysznic.

Kiedyś to Pacholik zaczynał rozmowy o wyjeździe. Ostatnio do tematu wróciła żona. I myślą o wyjeździe do Irlandii. Nawet syn, który dotąd oponował, teraz jest za. Właśnie jego dziewczyna wyjechała do Irlandii.

Realny termin wyjazdu Pacholików - jeszcze w tym roku.

Dariusz Lewandowicz, zastępca ordynatora diabetologii. Oddział, dwie poradnie, gabinet w dwóch miastach i jeszcze konsultacje w przychodni rejonowej. Jest też biegłym sądowym. W szpitalu ma pensję 1850 zł brutto, drugie tyle dorabia po godzinach. Żona pracuje w przedszkolu. Mają dwie córki i trzy pokoje w "slumsach" wykupione za 5 tys. zł. Przed domem daewoo nubira.

- Każdy mój dzień zaczyna się i kończy tak samo: rano wybiegam z psem, żona budzi dzieci i szykuje im kanapki. Mijamy się w drzwiach. Na 9 idę do szpitala, później objeżdżam przychodnie. Do domu wracam po 21. Dzieci się kąpią. W przelocie zamieniamy parę słów i idziemy spać. A rano znów do roboty.

Już jakiś czas temu chciał wyjeżdżać na miesięczne dyżury do Anglii i wracać.

Żona się nie zgodziła. "To zburzy nasze małżeństwo" - powiedziała.

- Ale teraz wyjadę na Zachód, bo tam za osiem godzin pracy dają dziesięć razy więcej. To już jest gra warta świeczki.

Dusi mnie kredyt

Mariusz Jaskulski, urolog, drugi stopień specjalizacji. Dwójka dzieci, żona anestezjolog i trzy pokoje w bloku naprzeciwko szpitala. Jeździ renault mégane (na kredyt). - Pewnie zaraz powiecie, że to dobre auto. Niby klasa średnia. Ale jak rozmawiałem o pracy w Niemczech, powiedzieli, żebym nie stawiał go przed wejściem do szpitala, bo to obciach - wzdycha. - Żona długo wzbraniała się przed wyjazdem. "Poczekaj, będzie lepiej" - przekonywała. A teraz sama powiedziała: "Wyjeżdżamy". To ubliżające, że za 17-godzinny dyżur pod telefonem dostajemy 25 zł. Skończył się czas, że lekarz pracuje jak chłop pańszczyźniany.

Nie ma czasu dłużej rozmawiać. Pędzi do gabinetu.

Dr nauk medycznych Anna Gabrysiak-Zawada, otolaryngolog. 20 lat pracy, w szpitalu zarabia 1,5 tys. zł na rękę. Za doktorat dostała 85 zł dodatku. - W USA za tytuł naukowy dają przynajmniej o sto procent wyższą pensję - mówi rozgoryczona.

W miesiącu bierze średnio sześć dyżurów. Prócz tego pracuje w trzech poradniach, prywatnym gabinecie i jest konsultantem w ZUS i KRUS. W sumie wyciąga 5 tys. zł.

- Dusi mnie kredyt hipoteczny na domek. Kiedy schodzę z szóstego dyżuru i jeszcze brakuje mi na spłatę raty, coraz poważniej myślę o wyjeździe - opowiada. - Na początek mo-głyby to być dyżury weekendowe.

Oto moje bogactwo

- Myślę o pracy w słonecznej Hiszpanii. Nie znam wprawdzie języka, ale skończyłem ciężkie studia, zrobiłem specjalizację, więc sobie poradzę z nauką - mówi Sylwester Stankowski, urolog.

Żona jest pielęgniarką w tym samym szpitalu. Jeżdżą nissanem almera tino. Mieszkają w trzech pokojach z dwoma synami i teściową. - Dzieci wiecznie hałasują i się tłuką. Kiedy wracam zmęczony po dyżurze, nie ma jak wypocząć. Nie mam dla nich czasu ani serca.
Żeby związać koniec z końcem, dr Stankowski dorabia w prywatnym gabinecie i dwóch przychodniach w terenie. - Ledwie wystarcza na czynsz i kredyty.

- Oto moje dostatki, moje bogactwo - mówi z przekąsem, otwierając drzwi mieszkania w przyszpitalnym bloku. U teściowej i w kuchni stare meble. Pokój chłopców jest tak mały, że łóżka są piętrowe. W pokoju rodziców leciwy segment Swarzędza i lśniący nowością duży telewizor plazmowy. - Na kredyt, na kredyt - tłumaczy się lekarz.

- Ja z komunii dołożyłem - burczy 10-letni Kacper.

- Namawiam męża do wyjazdu, bo widzę, że to ma sens - mówi żona Jadwiga. - Sąsiadka pielęgniarka pojechała na trzyletni kontrakt do Niemiec. Zostawiła męża z małym dzieckiem, dobrze zarabia. Opiekuje się tylko jednym starszym panem. Gdyby mi dobrze zapłacili, mogłabym nawet zostać pomocą pielęgniarską.

- Po co? Przecież zarobię tyle, że będziesz mogła zostać w domu z dziećmi - mówi dr Stankowski. - A i ja będę miał dla was więcej czasu. W szpitalu czy przychodni pracuje się osiem godzin. Dziennie nie wolno przyjąć więcej niż 14 pacjentów. Dostaniemy służbowe mieszkanie.

Realny termin wyjazdu: wrzesień.

Jedziemy do innych

- Lekarze z łódzkiego leczą już pacjentów w Anglii, Irlandii, Niemczech i Szwecji - mówi Adriana Sikora, rzecznik Okręgowej Izby Lekarskiej w Łodzi. - Od 2004 roku do końca kwietnia wydaliśmy 1075 formularzy wyjazdowych. No i teraz przygotowujemy dokumenty dla 128 lekarzy z Sieradza. Gdzie pojadą? Ostatnio popularna jest Hiszpania. Zgłaszają się do nas tamtejsze szpitale poszukujące specjalistów. Nie wymagają nawet znajomości języka. Szkolą lekarzy na miejscu. Wynagrodzenie zależy od stażu i specjalizacji. Proponują średnio po 20 tys. zł miesięcznie.

Lekarze ze szpitala w Sieradzu przyznają, że praca za granicą to krzyk rozpaczy.

Dariusz Lewandowicz, zastępca ordynatora diabetologii: - Gdyby służba zdrowia zaczęła wreszcie funkcjonować w normalnie, gdybyśmy mogli godziwie zarobić, nie zaharowując się, nikt by nie wyjechał. Media zarzucają nam: porzucacie pacjentów, niszczycie szpital. My nie niszczymy szpitala. Organizujemy tylko swoje życie. Zresztą nie zostawiamy pacjentów, jedziemy do innych.

źródło informacji: www.gazeta.pl